sobota, 12 grudnia 2009

Sledzik

Czwartek znow byl dniem wolnym od pracy, bo Tajowie obchodzili Swieto Konstytucji. Wykorzystalismy ten dzien na odrobienie zaleglosci w zwiedzaniu i wybralismy sie do najslynniejszej chyba swiatyni Wat Po, w ktorej mozna obejrzec imponujacych rozmiarow Lezacego Budde. Jak w kazdym tego typu miejscu, wszystko ociekalo zlotem, blyszczalo sie i mienilo w sloncu. Na malowidlach zdobiacych sciany swiatyni dopatrzylismy sie nawet naszych polskich gorali. W obrebie swiatyni Wat Po istnieje najslynniejsza na swiecie szkola masazu tajskiego, w ktorej podobo ucza sie rowniez masazysci pracujacy w Polsce. Zeby pozostac w konwencji turystycznej postanowilismy podjechac do domu tuk-tukiem, czyli trojkolowym motorkiem, czyms w rodzaju autorikszy, bardzo popularnym tutaj srodkiem transportu miejskiego. Lence bardzo sie podobalo.
W piatek rano wybralysmy sie z Lenka na Christmas Party do naszego pobliskiego przedszkola. Bylo przedstawienie, a potem Mikolaj i mnostwo pysznego jedzenia. Lenka troche bala "Kolaja", ale pokonala swoj lek jakos i dostala dzieki temu prezent - skarbonke w ksztalcie kumy, czyli zaby. Potem szalala w sali, w ktorej mialysmy zawsze zajecia z fikolkow.
Dzisiaj znowu pojechalismy na swiateczna impreze, tym razem we trojke. Zabawa byla organizowana przez Stowarzyszenie Bambi w sali balowej bardzo eleganckiego hotelu. Bylo mnostwo dzieciakow chyba wszystkich mozliwych narodowosci. Byly konkursy, malowanie, klejenie, zabawy, pan magik, ktory doprowadzil jednego chlopca do placzu (okropny byl, wredota jedna) na scenie, no i oczywiscie byl Mikolaj. Ten byl duzo lepiej przygotowany niz wczorajszy, bo mial piekna, prawdziwa siwa brode i takiezsame wlosy, byl prawidziwie grubiutki i mowil po angielsku: ho, ho, ho. Prezentow nie rozdawal, ale Lenka dostala od niego lizaka i potem juz niczego nie chciala jesc, mimo, ze stoly uginaly sie od przepysznego jedzenia. Zdjec prawie nie ma, bo oczywiscie wyladowala mi sie bateria w aparacie.
Jak wiec widac, staramy sie wprowadzic w nastroj swiateczny, ktory jednak natychmiast znika jak tylko wyjrzy sie za okno, czy wyjdzie sie na ulice, gdzie nadal, jak gdyby nigdy nic, slonce przypieka, a temperatura nie spada ponizej 32 stopni.

zdjecia: http://picasaweb.google.pl/lena.kucharska/20091212#

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz