poniedziałek, 21 grudnia 2009

Last night in Bangkok

Przed nami ostatnia noc w Bangkoku, jutro w nocy wsiadamy do samolotu i wracamy do Europy, do Polski, do Warszawy, na Sadybe. Dziekuje wszystkim, ktorych interesowalo, co sie u nas dzieje i ktorzy czytali moje wpisy. Zycze Wam wszystkim
Wesolych, Spokojnych, Rodzinnych Swiat Bozego Narodzenia i Szczesliwego Nowego Roku 2010

Jeszcze raz dziekuje i sciskam serdecznie z nadal upalnego (nie udalo mi sie doczekac wymarzonych 28 stopni ;) Bangkoku.

środa, 16 grudnia 2009

Ostatnie dni w Bangkoku. Powoli zabieram sie za pakowanie. Dobrze, ze w styczniu przyjezdza moj Tata, to bedzie mogl wziac czesc rzeczy, bo na pewno nie uda nam sie spakowac wszystkiego za jednym razem.
Na dworze znowu upaly, nadzieja na przyjemne 28 stopni umarla, za oknem bite 36 stopni. Chodzimy teraz codziennie na basen, zeby wykorzystac ostatnie chwile tutaj. Myslami jestem juz jednak w Warszawie, na Sadybie. Z zapartym tchem obserwuje prognozy pogody i zapowiedz kilkudniowych opadow sniegu. Byloby cudownie trafic na taka prawdziwa, biala zime i biale swieta. Wygladajac tutaj przez okno, a nawet pocac sie siedzac w hotelu trudno sobie wyobrazic, ze gdzies moze byc zimno i mrozno, tak jak pewnie Wam trudno sobie wyobrazic, ze gdzies jest upal, ze caly dzien swieci slonce i ze mozna do tego byc juz tym upalem mocno zmeczonym. Kupilismy juz Lenie kurtke i czapke, ma cieple spodnie na droge, tylko butow niestety brak i przywitamy polska zime w tenisowkach.
W ten weekend wybieramy sie na obiad do Marka szefa. Bardzo jestem ciekawa jak wyglada zwyczajny, tajski dom od wewnatrz, co sie tam jada itd itd. Jedno jest pewne, trzeba przed wyjscie zadbac o stopy, bo na pewno chodzi sie tam na bosaka ;)

sobota, 12 grudnia 2009

Sledzik

Czwartek znow byl dniem wolnym od pracy, bo Tajowie obchodzili Swieto Konstytucji. Wykorzystalismy ten dzien na odrobienie zaleglosci w zwiedzaniu i wybralismy sie do najslynniejszej chyba swiatyni Wat Po, w ktorej mozna obejrzec imponujacych rozmiarow Lezacego Budde. Jak w kazdym tego typu miejscu, wszystko ociekalo zlotem, blyszczalo sie i mienilo w sloncu. Na malowidlach zdobiacych sciany swiatyni dopatrzylismy sie nawet naszych polskich gorali. W obrebie swiatyni Wat Po istnieje najslynniejsza na swiecie szkola masazu tajskiego, w ktorej podobo ucza sie rowniez masazysci pracujacy w Polsce. Zeby pozostac w konwencji turystycznej postanowilismy podjechac do domu tuk-tukiem, czyli trojkolowym motorkiem, czyms w rodzaju autorikszy, bardzo popularnym tutaj srodkiem transportu miejskiego. Lence bardzo sie podobalo.
W piatek rano wybralysmy sie z Lenka na Christmas Party do naszego pobliskiego przedszkola. Bylo przedstawienie, a potem Mikolaj i mnostwo pysznego jedzenia. Lenka troche bala "Kolaja", ale pokonala swoj lek jakos i dostala dzieki temu prezent - skarbonke w ksztalcie kumy, czyli zaby. Potem szalala w sali, w ktorej mialysmy zawsze zajecia z fikolkow.
Dzisiaj znowu pojechalismy na swiateczna impreze, tym razem we trojke. Zabawa byla organizowana przez Stowarzyszenie Bambi w sali balowej bardzo eleganckiego hotelu. Bylo mnostwo dzieciakow chyba wszystkich mozliwych narodowosci. Byly konkursy, malowanie, klejenie, zabawy, pan magik, ktory doprowadzil jednego chlopca do placzu (okropny byl, wredota jedna) na scenie, no i oczywiscie byl Mikolaj. Ten byl duzo lepiej przygotowany niz wczorajszy, bo mial piekna, prawdziwa siwa brode i takiezsame wlosy, byl prawidziwie grubiutki i mowil po angielsku: ho, ho, ho. Prezentow nie rozdawal, ale Lenka dostala od niego lizaka i potem juz niczego nie chciala jesc, mimo, ze stoly uginaly sie od przepysznego jedzenia. Zdjec prawie nie ma, bo oczywiscie wyladowala mi sie bateria w aparacie.
Jak wiec widac, staramy sie wprowadzic w nastroj swiateczny, ktory jednak natychmiast znika jak tylko wyjrzy sie za okno, czy wyjdzie sie na ulice, gdzie nadal, jak gdyby nigdy nic, slonce przypieka, a temperatura nie spada ponizej 32 stopni.

zdjecia: http://picasaweb.google.pl/lena.kucharska/20091212#

wtorek, 8 grudnia 2009

Cha Am + zdjecia

Wrocilismy wczoraj popoludniu z Cha Am, miejscowosci polozonej ok 230 km od Bangkoku. Dzieki temu, ze Tajowie swietowali 82 urodziny krola, Marek mial wolny poniedzialek i moglismy spedzic nad morzem trzy dni. Wyruszylismy w piatek popoludniu. Zamowilismy sobie taksowke na 17, ale mily pan Taj spoznil sie, bagatela, cala godzine i udalo nam sie wyjechac z miasta dopiero po 18. Na szczescie maja tutaj bardzo dobra siec autostrad, wiec w miare szybko dojechalismy na miejsce. Rozpieszczona hotelem w Pattai troche sie rozczarowalam plaza, ktora okazala sie dostepna dla wszystkich nie wylaczajac dzikich psow, koni, samochodow i oczywiscie straganow z jedzeniem. Mnostwo bylo ludzi, wlasciwie sami Tajowie, znikoma ilosc turystow. Tajowie na plazy albo siedza przy stolikach pod ciasno ustawionymi parasolami i nieustajaco jedza, albo wchodza tak jak stoja, czyli calkowicie ubrani, do wody i bujaja sie na nadmuchanych oponach. Nie wiem z czego to wynika, ze kapia sie w ubraniach. Myslelismy poczatkowo, ze to ze wzgledu na slonce, ale popoludniami tez sie nie rozbieraja. Doszlismy wiec do wniosku, ze to musi byc kwestia obyczajowa. Nie widzielismy nigdzie Tajow w strojach kapielowych. Nawet handlarze plazowi ubrani sa od palcow po czubek glowy i odslaniaja tylko oczy. W tym przypadku jednak chodzi chyba o chronienie sie przed bardzo silnym sloncem.
Tak wiec na plazy spedzilismy tylko chwile, tak zeby zaspokoic Lenki chec bawienia sie w piasku. Udalo nam sie nawet zbudowac zamek, ale po tym jak jeden z miejscowych psow przyszedl i obsikal nasza budowle, jakos szybko wycofalismy sie do naszego hotelowego basenu.
Lenusia, ktora jest bardzo ostrozna w kontakcie z woda, tak bardzo sie juz rozszalala, ze nauczyla sie plywac w kolku. Potrafi tak sie bujac na wodze bardzo dlugo wydajac nam co i raz polecenia: "Mamusiu/Tatusiu, dziagnij mnie (do kolka jest przyczepiony sznureczek), albo "odz tam." A jak Marek probowal ja chlapac, czy sklonic do bardziej szalonych zabaw mowila: "Nie job (czyli nie rob) tak tatusiu, nie jubiem tak."
W nocy z soboty na niedziele przyszedl do Lenki Mikolaj. Troche sie balismy, czy bedzie pamietal, ze wyjechalismy na weekend, ale na szczescie trafil i zostawil prezenty w trzech parach pozostawionych przy lozku kapci. Lenka byla bardzo poruszona i szczesliwa, ze przyszedl do niej "Kolaj"
W poniedzialek przed odjazem poszlam jeszcze na plaze, zeby zrobic kilka zdjec i wreszcie zostalam zauwazona i doceniona. Podbiegl do mnie jakis mokry Taj z okrzykiem: you, you i ustawil sie kolo mnie, a jego zona zrobila nam zdjecie. Wspaniale prawda?
Wlasie u nas trwa probny alarm pozarowy, jest wiec dosc glosno. Lena spi i o dziwo, jakos jej to w ogole nie przeraza. Wieczorem postaram sie wstawic zdjecia, tymczasem dolaczam do relacji z Pattai zdjecia zeszlotygodniowe.

A za dwa tygodnie do domu!!

a tutaj link do zdjec: http://picasaweb.google.pl/lena.kucharska/20091207_ChaAm#

środa, 2 grudnia 2009

Mis

Mowimy sobie dzisiaj z Lenka wierszyki. Ja zaczynam, ona konczy. Doszlysmy do "Misia"

Ja: Prosze panstwa oto..
Lena: mis
Ja: mis jest bardzo grzeczny..
Lena: dzis
Ja: chetnie panstwu lape..
Lena: poda.
Ja: nie chce podac..
Lena: to trudno

przepraszam, ale musialam :)
pozdrawiam

niedziela, 29 listopada 2009

Pattaya po raz drugi

Spedzilismy cudowny weekend w Pattai. Co prawda bylismy juz tam raz i jakos nie mielismy ochoty na kolejny wyjazd, ale okazalo sie, ze Marka firma organizuje w piatek wyjazd integracyjny, wiec zabralysmy sie z Lenka razem z nimi. Nasza corka oczywiscie zostala maskotka wycieczki, wszystkie panie piszczaly na jej widok i usilowaly sie zaprzyjaznic. Lena ma juz wyraznie dosc tych wszystkich przejawow zainteresowania i zaczyna sie oganiac, a w przy kolejnej pani po prostu uciekla. Szczerze mowiac, wcale jej sie nie dziwie. Panie- Tajki sa bardzo mile, ale az za bardzo i sa przy tym bardzo halasliwe. Ano wlasnie, nasza podroz byla dluga i glosna. Poprzednio jechalismy poltorej godziny, tym razem ponad dwie. Od razu po wejsciu do autokaru rozpoczeto posilanie sie, a w polowie drogi trzeba bylo zrobic postoj, zeby cos zjesc. Po przyjezdzie do Pattai od razu ruszylismy do typowo tajskiej restauracji rybnej. Jedlismy pyszne mhmm rzeczy, niestety nazw nie znamy, bo postawili na stole cala mase jedzenia i probowalismy wszystkiego po trochu. Lena nie miala czasu i przez caly obiad chodzila po lawkach, uderzala w nie lyzka i spiewala piosenki. Poznalam Marka szefa, duzego, przesympatycznego Pana Taja. Jestesmy do niego zaproszeni na obiad 19 grudnia.
Po obiedzie zawieziono nas do hotelu polozonego z dala od centrum miasta, nad samym morzem. Marek poszedl sie integrowac ze swoimi teamem, a my z Lenka ruszylysmy na jeden z trzech basenow polozony tuz przy samej plazy. Pogoda byla przez caly weekend cudowna, widac i czuc bylo, ze to juz inna pora roku niz jeszcze miesiac temu. Nie czuc juz w powietrzu tej okropnej wilgosci, wieje przyjemny wiatr i nad woda jest naprawde wspaniale. Wieczorem byla kolacja na powietrzu, rozdawano nagrody zespolom, ktore zwyciezyly bardzo skomplikowane rozrywki, a na koniec oczywiscie bylo karaoke. My z Lena nie doczekalysmy, ale podono byly tez tance i moj maz rzadzil na parkiecie. Podobno panie wyrywaly go sobie z rak, a potem robily sobie z nim zdjecia.
Sobota i niedziela uplynely nam leniwie na plazowaniu, kapielach, robieniu babek (Lena za kazdym razem, kiedy robi babki wspomina Dziadka Jurka, ktory mowi: udaj mi sie babko, dam ci kwasne jablko)i opalaniu sie. Zal nam bylo wyjezdzac, ale pocieszamy sie mysla, ze w piatek znowu ruszamy nad morze, tym razem do Cha-Am.
Zrobilam troche zdjec, ale gdzies mi sie zapodzial kabelek i niestety nie pokaze Wam dzisiaj tej pieknej plazy, tych palm, basenu itd itd. Moze wstawie tylko link do hotelu: www.ravindraresort.com

http://picasaweb.google.pl/lena.kucharska/Pattaya29Listopada2009#

niedziela, 22 listopada 2009

Let it snow..

Chyba moj ostatni post zostal szeroko rozpowszechniony i przeczytany rowniez gdzies na gorze, bo nagle nastapilo lekkie ochlodzenie. Wczoraj i dzisiaj bylismy w stanie przesiedziec w domu prawie caly dzien przy otwartych oknach i bez wlaczonej klimatyzacji. Ach co za cudne uczucie poczuc powiew wiatru i moc przewietrzyc mieszkanie.
Marek dolaczyl do Lenki i razem chorowali sobie w ten weekend, a ja wyrwalam sie dzisiaj na pare godzin do miasta. Najpierw pojechalam BTSem do tzw MBK-a czyli kolejnego centrum handlowego, gdzie miesci sie, sprawdzony juz przez nas, salon masazu. W zeszlym tygodniu masowano mi tam przez godzine stopy podczas gdy ja lezalam sobie w najwygodniejszym fotelu swiata i rozkoszowalam sie chwila. Lena z Markiem w tym czasie czekali na mnie w poczekalni i o maly wlos nie wywolalismy afery miedzynarodowej, kiedy to nasza corka chciala zdjac okulary figurce przedstawiajacej krola.
Tym razem wybralam sie na tajski masaz. Okazalo sie, ze mimo ze nazwa ta sama, to jednak jakosc "uslugi" bardzo sie roznila od poprzednich. Facet, ktory mnie masowal rzeczywiscie znal sie na rzeczy i moglam sie calkowicie zrelaksowac, wiedzac ze jestem w dobrych rekach. Po wyjsciu czulam sie rewelacyjnie, szczegolnie zachwycil mnie masaz glowy, cos wspanialego. W dobrym nastroju, zachwycona pogoda, wybralam sie tzw. skywalkiem (pod kolejka BTS na odcinku kilkuset metrow zbudowano cos w rodzaju podwieszonego chodnika, ktorym mozna przemieszczac sie pomiedzy kolejnymi stacjami BTSa nie schodzac na ziemie) na przeglad dekoracji swiatecznych. Wszedzie juz wisza gwiazdy, girlandy, bombki, przed centrami handlowymi stoja choinki, a z glosnikow plynie radosna piesn: let it snow, let it snow, let it snow. Pan moze sobie spiewac w nieskonczonosc, a snieg i tak nie spadnie, nawet gdyby bardzo chcial. Jednak dla chcacego nic trudnego, balwana mozna przeciez ulepic z czegokolwiek bialego, nie musi to byc od razu snieg. I tak stoi sobie caly zastep bialych balwanow otoczonych wianuszkiem reniferow w otoczeniu obsypanych czyms biaym galezi. A zaraz obok stoi sobie wielki portret krola otoczony kwiatami, a kawalek dalej, buddyjska swiatynia tonie w zlocie i dymie z kadzidelek. Nikt sobie nie przeszkadza, wszyscy sie ciesza, usmiechaja sie do siebie i okrywaja sie szalami w ta chlodna (jakies 30 stopni ;), listopadowa niedziele.

http://picasaweb.google.pl/lena.kucharska/20091122SwietaIda#

piątek, 20 listopada 2009

Od srody siedzimy w domu, Lenka znowu chora. Z nowych aktrakcji zdazylysmy zaliczyc tylko zajecia w przedszkolu w piatek i fikolki w poniedzialek. Planowalysmy w srode isc na basen, ale Lena juz zaczela kichac i bardzo dobrze, ze zostalysmy w domu, bo w czwartek juz rozlozyla sie na dobre. Teraz znowu cale dnie spedzamy w hotelu, a mi przed oczami przmykaja kadry z filmu "Miedzy slowami". Uprzedzam, ze po powrocie do domu bede bardzo duzo mowic, musze nadrobic godziny spedzone tylko z Lenusia, ktora wprawdzie mowi juz sporo, ale jakos nie chce ze mna prowadzic dlugich rozmow.
A z dobrych wiadomosci moge napisac, ze wracamy do Warszawy na Swieta. Juz sie nie moge doczekac prawdziwej swiatecznej atmosfery, choinki, Wigilii, pysznego jedzenia no i calej naszej rodziny nie wylaczajac Plasterka, Dory i Rudej. A z drugiej strony, to zadziwiajace za czym czlowiek teskni. Wiekszosc osob, z ktorymi mam kontakt pisze, ze zazdroszcza mi slonca i ciepla. A ja codziennie rano zasiadam do komputera z nadzieja, ze na stronie prognozy pogody zobacze zapowiedz ochlodzenia. Podobno w listopadzie w Tajlandii jest juz zimniej, a u nas dzien w dzien ok 34 stopni. A ja tesknie za swiezym powietrzem, niech juz bedzie chlodne, niech juz bedzie zimne, ale chcialabym je wreszcie poczuc. Upal jest dobry na wakacje, na dwa tygodnie nad brzegiem morza, a nie na codzienne zycie w srodku wielkiego miasta. Tesknie za codziennymi, zwyczajnymi spacerami z Lena i z Plastrem, za naszym jeziorkiem czerniakowskim, placem zabaw w "szczubelku", za ogrodkiem, za Minczewem i za cala masa drobnych rzeczy i spraw, ktorych na co dzien sie nie zauwaza.
W ten weekend zadnych atrakcji nie przewidujemy z racji lenkowej choroby, ale moze uda mi sie zrobic jakies zdjecia.

sobota, 14 listopada 2009

Safari

Wybralismy sie dzisiaj razem z Marka znajomymi z pracy, w tym z Koreanka Janu, na calodniowa wycieszke do odleglego o jakas godzine drogi od Bangkoku Safari World. Pierwsze 40 minut zwiedzania polegalo na tym, ze jezdzilismy samochodem po wielkim parku przypominajacym rzeczywiscie safari i ogladalismy rozne dzikie zwierzeta. Byly zebry, wielblady, zyrafy, lwy i tygrysy i jeszcze cala masa innych, ktorych nazw nawet nie znam. Potem wybralismy sie do czesci zwanej Marine Park na pokaz sloni, ktory jednak niezbyt nam sie podobal, bo nie roznil sie niczym od cyrkowej tresury. Slonie graly w pilke, malowaly trabami obrazy, chodzily po linie, a wszystko w towarzystwie glosnej muzyki i rozwrzeszczanego prowadzacego, ktory co i raz wybuchal szyderczym smiechem. Patrzylam na te slonie szturchane co i raz przez treserow kijem ze szpikulcem i jakos nie bylam w stanie podzielac entuzjazmu tlumu, ktory siedzial na widowni. Na pokazie klimatyzacji nie bylo, wiec wszyscy zgodnie postanowilismy szukac jakiegos chlodnego pomieszczenia, zeby nie doprowadzic do calkowitego rozplyniecia sie. Po drodze do restauracji spotkalismy orangutana, ktory calowal mnie po rekach. Wpadlismy tez na chwile do zyraw i karmilismy je bananami i galazkami. Mielismy tez przyjemnosc obcowania z pieknymi, kolorowymi papugami, ktore jadly nam prosto z reki. Oprocz tego byly tez krokodyle, foki, miski polarne (chyba najbardziej spocone niedzwiedzie polarne swiata), weze itd itd. Lenka z wielkim zainteresowanie ogladala zwierzatka, poniewaz "son" juz jej nie straszny, tym razem troche bala malpki i papug, ale dzielnie walczyla ze swoim lekiem. Bardzo jej sie podobaly zebry i nawet wolala do jednej z nich przez okno: zebro, zebro, chodz tutaj. Poza tym swietnie sie bawila razem z Janu, po pierwszych chwilach oniesmielenia znowu ganialy sie co sil w nogach, spacerowaly trzymajac sie za rece, a w drodze powrotnej siedzialy razem z samochodzie, spiewaly i kolorowaly obrazki. Janu podobno pytala swoja mame, dlaczego Lena ma takie jasne wlosy.
Przyjechalismy do domu po 17 i Lena byla tak zmeczona, ze zasnela bez kolacji kwadrans przed 19, ciekawe o ktorej sie jutro obudzi..
Bardzo nam sie safari podobalo, zrobione rzeczywiscie z rozmachem, swietnie zorganizowane, na ogromnym terenie, z duza iloscia atrakcji. Jedyne co nie przypadlo mi do gustu to te pokazy tresowanych zwierzat. Oprocz sloni byly jeszcze foki, malpy i delfiny, ale juz sie nie zalapalismy niestety...a moze wlasnie stety.
Gdyby ktos chcial sobie poogladac strone, to bardzo prosze: www.safariworld.com

a tu nasze zdjecia: http://picasaweb.google.pl/lena.kucharska/SafariWorld?authkey=Gv1sRgCLfbsJCyxbuQugE#

środa, 11 listopada 2009

Nasz nowy plan zajec

Zapisalam Lene na kolejne zajecia z fikolkow, bo te w "naszym" przedszkolu tez juz sie koncza. Bedziemy chodzily w poniedzialki do The Little Gym: http://www.thelittlegym.com/emporiumthailand/Pages/default.aspx

W srode zapisalysmy sie na kurs plywania i bedziemy chodzic tutaj:
http://www.bangkokdolphins.com/

A oprocz tego na zajecia do Kids Akademy: http://www.kidsacademy.ac.th/home.asp

mam nadzieje, ze bedzie sie Lence podobalo.
No dobra, poszperalam troche i znalazlam przedszkole, ktore ma zajecia dla dzieci w wieku Lenki i to nawet codziennie. Troche to od nas daleko, ale jakos sie zorganizujemy. Jutro mam dostac dokladne informacje, co, gdzie i jak. Bedzie dobrze.

Mamy ostatnio nowa, swiecka tradycje chodzenia do ksiegarni w naszym "osiedlowym centrum handlowym". Siedzimy sobie na podlodze i ogladamy i czytamy ksiazki, glownie te dla dzieci, ale mamy tez swoj ulubiony regal z ksiazkami o zwierzetach. Jak juz sobie poogladamy wszystko co mozliwe to idziemy na muffina i kawke/soczek do sturbacksa. (Ten ostatni zwyczaj chyba trzeba bedzie troche zmodyfikowac, bo spodnie jakies ciasne sie powoli robia. Moja spodnie oczywiscie, nie Lenki ;))
No wiec, w naszym "osiedlowym centrum handlowym" zawitala juz zima, a wlasciwie zawitala juz atmosfera swiateczna. Na kazdym pietrze stoja juz ubrane choinki, wszedzie pelno bozonarodzeniowych gadzetow, upominkow, promocji itd itd. W sumie nie dziwi mnie to wszystko, mimo ze przeciez Wigilia jest dopiero za poltora miesiaca i ze na dworze jest 35 stopni i dziwnie to wszystko razem wyglada, ale zaskakujace jest to zestawienie wszechogarniajacego tutaj buddyzmu z chrzescijanskimi swietami, ktorych tak naprawde nikt tutaj, oprocz ekspatow, nie obchodzi. Strasznie jestem ciekawa, jak to wszystko bedzie wygladac w grudniu, ciekawe jak beda wygladac tajscy sw.Mikolajowie, czy beda puszczac koledy w sklepach? Jakkolwiek bedzie, nie omieszkam Was o tym ponformowac.

wtorek, 10 listopada 2009

Przykro mi, bo dowiedzialam sie wczoraj, ze w tym tygodniu koncza sie juz zajecia w naszym przedszkolu. Podobno musza przygotowac sie do swiat, ktore za przeciez dopiero za poltora miesiaca! Przykro mi ze wzgledu na Lenke, ktora juz sie tak dobrze tam czula i ciagle domagala sie chodzenia do "kola" Nagralam w zeszlym tygodniu na kamere fragment zajec, w ktorym dzieci spiewaja razem z pania. Przez caly tydzien musialam puszczac Lence ten kawalek, a ona spiewala, tanczyla razem..ze soba w telewizorze. Wczoraj na zajeciach szalala, bo juz wszystkie piosenki swietnie znala i wiedziala, gdzie trzeba przyklasnac, gdzie podskoczyc itd itd. No i teraz nagle koniec, nie ma zajec w przedszkolu, jak to powiedziec dwuletniej dziewczynce?
Musze znowu zaczac szukac jakichs innych zajec, znalazlam juz pare miejsc w internecie, ale wszystkie sa polozone daleko od nas i bedzie trzeba tam dojezdzac, a to juz cala wyprawa tutaj...eh, a juz myslalam, ze wszystko jest ulozone i zaplanowane. Wybralysmy sie dzisiaj rano z Lena do Lumpini Park. Lena obudzila sie o 7.00 (to wczesnie), wiec pomyslalam, ze jeszcze bedzie w miare chlodno. Po godzinie bylysmy mokrusienkie i mimo, ze park jest bardzo przyjemny, nie bylysmy w stanie dluzej wytrzymac i wrocilysmy do domu. Schlodzilysmy sie w basenie i liczylam na przyjemne, ostatnie zajecia w przedszkolu. Naladowalam juz nawet aparat, zeby porobic zdjecia, kiedy nagle zadzwonil telefon i pani odwiadczyla mi, ze zajec dzisiaj nie bedzie. Wiem, ze te moje problemy wydaja sie blahe, ale trudno tutaj sobie zaplanowac dzien, tak zeby dziecku bylo dobrze, zeby nie padlo z nudow, a ja razem z nim...

Czekam niecierpliwie na wieczor, kiedy to znajomy rodzicow ma przywiesc dla nas paczke z domu!

niedziela, 8 listopada 2009

Weekendowo

Intensywny weekend ma sie ku koncowi, Lenka wlasnie spi, a Marek pojechal na masaz, wiec mam chwilke, zeby pokazac Wam zdjecia i opisac, co ciekawego sie u nas dzialo.
Przestawilam sie ostatnio z trybu "zona ekspaty" na tryb turystyczny i jakos lepiej dzieki temu funkcjonuje. Poniewaz zeszly weekend spedzilismy w domu chorujac, postanowilismy tym razem spedzic te dwa dni intensywniej. W sobote rano wybralismy sie do China Town. Cale szczescie nie wzielismy ze soba wozka, tylko zapakowalismy Lene w nosidlo. Dzieki temu nie mielismy problemow z przecisnieciem sie przez ciasno ustawione, ciagnace sie calymi kilometrami stoiska ze wszystkim co tylko mozna sprzedac. Mijalismy handlarzy najrozniejszych warzyw i owocow, miesa, zabawek, ubran, materialow, koesmetykow, butow itd itd. Pomiedzy tymi straganami oczywiscie staly wozki z jedzeniem. I tym razem nie skorzystalismy, uwidocznilismy za to na zdjeciach. Zadziwiajace jest, ze tutaj mimo upalu, przez caly dzien wszyscy cos jedza, a z ulicznych restauracji mozna skorzystac nawet juz o 8 rano w niedziele (dzisiaj wiedzielismy). China Town oprocz tego, ze glownie handluje, pelne jest pieknych, starych i mocno podniszczonych chinskich domow bardzo rozniacych sie od zabudowan tajskich. Z zaciekawieniem wszystko ogladalismy, fotografowalismy i krecilismy film. Jak to zawsze w moich opowiesciach bywa, po jakims czasie znurzyl nas upal i po kawce wypitej na Khao San (pisalam o tej ulicy w pazdzierniku) wrocilismy do domu. Lena z Tata schlodzili sie w basenie i potem wyruszylismy na przygode zycia, czyli do fryzjera. Mialam niezlego pietra, bo nie mialam pojecia, czy fryzjerzy tutaj w ogole beda wiedzieli jak sie zabrac do moich blond wlosow. Pani niby mowila po angielsku, ale ja musialam sie domyslac, co ma na mysli rozmawiajac ze mna. Poprosilam o zrobienie balejazu, pani pokiwala glowa, posadzila mnie na fotelu i zabrala sie za robote. Odetchnelam z ulga, bo technike miala taka jak w Polsce, tylko niestety jakies 30 razy wolniejsza. Nagle w polowie nakladania mi farby na wlosy odeszla i zajela sie inna pania, ktorej w duecie z inna fryzjerka suszyla wlosy. Po jakims czasie troche sie zaczelam denerwowac, ale ze tutaj nikt sie nigdzie nie spieszy i nie irytuje, nie wypadalo mi zwracac pani uwage. Na szczescie chyba zauwazyla moj bolesny wyraz twarzy i wrocila na posterunek. Trwalo to wszystko jeszcze jakis czas, potem mycie, suszenie itd itd. Efekt powiedzialabym srednio widoczny, bo z racji zaginiecia pani w akcji troche wszystko sie nirownomiernie rozlozylo w czasie. Pocieszam sie, ze lepiej, ze efekty malo widocznie niz gdyby byly spektakularne. Pani chyba tez nie byla do konca z siebie zadowolona, bo opuscila mi troche z ceny i tak zaplacilam nie 2500, a 2000 Bathow (ok 190 zl). Wychodzac po 2,5 godzinach myslalam tesknie o moim warszawskim fryzjerze, ktory jest duzo tanszy i duzo szybszy i jeszcze mozna sobie z nim o samochodach pogadac ;)
Po fryzjerze maz wypchnal mnie jeszcze na tajski masaz. Wracalam sobie pod wieczor na piechote do domu i znowu obserwowalam jak w Bangkoku tradycja styka sie z komercja. Po jednej stronie ulicy w swiatyni modlili sie wierni, skladali kwiaty, ogldajac przy okazji tradycyjne tajskie tance. Po drugiej stronie ulicy przed centrum handlowym wyrosla wielka choinka obwieszona lampkami swiatecznymi, przed nia stal wielki bialy renifer i rownie ogromny dzwonek.. krok po kroku, krok po kroku najpiekniejsze w calym roku ida swieta, ida swieta.

A tutaj sobotnie zdjecia:
http://picasaweb.google.pl/kucharski.mk/7Listopada2009ChinaTown#

Dzisiaj rano ruszylismy na Floating Market. Jechalismy ponad godzine samochodem, wynajelismy lodz i przez poltorej godziny podziwialismy plywajacy targ, na ktorym, jak to tutaj bywa, mozna kupic wszystko, a przy okazji na pewno nie da sie umrzec z glodu. Widzielismy tez domy ustawione na palach, niektore bardzo biedne, zniszczone, a niektore zadbane i nowoczesne. Wszedzie duzo ciezko pracujacych ludzi, wszyscy zadowoleni i usmiechnieci machali do nas i chetnie pozowali do zdjec. Oczywiscie najbardziej cieszyli sie na widok Lenki i krzyczeli z daleka: bejbiiiii, bejbiiiii, whats your name?
Po zakonczonym "rejsie" podjechalismy jeszcze na chwile obejrzec slonie, Lenka wlasciwie juz w ogole "nie boi sonia" i nawet razem z tata probowala karmic je bananami. Wycieczke zakonczylismy w tajskiej restauracji. Zjadlam cos, czego smaku po pierwszym kesie juz nie czulam, bo bylo tak bardzo ostre. W kazdym razie w srodku siedzialy krewetki, a to zawsze jest pyszniutkie.

dzisiejsze zdjecia:
http://picasaweb.google.pl/kucharski.mk/FloatingMarket#

pozdrawiam serdecznie

wtorek, 3 listopada 2009

Jesien idzie

Chyba wracamy do zywych. Na prosbe moich milych Czytelnikow krotka historia naszej choroby. Otoz przeziebienie przytargal z pracy moj maz, ale poniewaz on jest uprzywilejowyany i ma lekarza na miejscu w pracy, zostal szybko zbadany i zdiagnozowany i od razu przydzielono mu lekarstwa, w tym, jak sie okazuje bardzo tu popularny, antybiotyk. Nas dopadlo kilka dni pozniej. Ja sie bronilam przez pare dni przed pojsciem do lekarza, ale w koncu bolalo mnie juz bardzo mocno gardlo i ogolnie bylam nie do zycia i w koncu sie poddalam. Wybralismy sie po raz kolejny do opisanego juz przeze mnie wczesniej Bumrungrad International Hospital. Najpierw skierowano mnie do rejestracji, ktora znajdowala sie na 10 pietrze. Myslalam, ze natkne sie na tlum kaszlacych Tajow czekajacych w kolejce, a tymczasem trafilismy do eleganckiego otwartego pomieszczenia, gdzie w przytulnie urzadzanych kacikach siedzialy przy biurkach panie i z usmiechem witaly nowych pacjentow. Wypelnilam karte, pani zrobila mi zdjecie (paskudne), dostalam karte pacjenta i skierowano mnie do lekarza. Lekarz z maseczka na twarzy zadal kilka pytan, zajrzal w gardlo (troche sie przestraszyl), zbadal przez koszulke!! i wypisal..antybiotyk oczywiscie. Cala wizyta trwala moze 7 minut. Potem tylko trzeba bylo wziac dokumentacje choroby (ubezpieczenie), zaplacic i odebrac przygotowane specjalnie dla mnie i opisane lekarstwa. Nastepnego dnia ta sama historie powtorzylismy z Lena, bo okazalo sie, ze i ja choroba dopadla. Nie musze chyba dodawac, ze dostala rowniez antybiotyk.
U lekarz bylam jeszcze dwukrotnie, bo nie moglam sie wyleczyc. Po kolejnej wizycie w Bumrungrad doszlismy do wniosku, ze czas skorzystac z ubezpieczenia i chyba przy tej opcji zostaniemy. Przyjechal do mnie w ciagu pol godziny pan doktor Taj, zbadal (rowniez przez ubranie), zostawil leki i co najwazniejsze, nie pobral oplaty. Mam nadzieje, ze juz nam lekarze potrzebni nie beda, ale to chyba jednak wygodniejsze i zdecydowanie tansze rozwiazanie.
Nie wiem, gdzie sie lecza przecietni tajscy obywatele, szpitalne okna wychodza na straszne slamsy, ulica przy ktorej jest polozony do najprzyjemniejszych nie nalezy, a pacjenci wygladaja na wiecej niz dobrze uposazonych.Wiem, ze jest jeszcze kilka szpitali tutaj i chyba w kazdym z nich sa jakies przychodnie, wiec moze tam? W kazdym razie ja bylam pod wrazeniem wygladu i sprawnosci obslugi tego "naszego" szpitala, ale nie wiem jak to sie ma do jakosci obslugi medycznej.

W kazdym razie mam nadzieje, ze wracamy do zdrowia. Dzisiaj pogoda zgotowala mi mila niespodzianke. Otworzylam rano drzwi od balkonu i poczulam lekki chlod!! Wial wiatr i odczuwalo sie ruchy powietrza, niesamowite! Bylysmy w stanie wytrzymac w mieszkaniu przy otwartym oknie, a tu juz nie lada wyczyn. Co prawda prognozy nie nastrajaja optymistycznie i przepowiadaja znowu 35 stopniowe upaly, ale dzisiejszy dzien daje jednak nadzieje, na lepsze, chlodniejsze jutro.
pozdrawiam wszystkich serdecznie sciskam i moze w najblizszych dniach wydarzy sie cos godnego opisania i sfotografowania.

środa, 28 października 2009

O czym tu pisac..siedzimy od kilku dni w domu, obydwie chore. Ogladamy bajki, czytamy ksiazki, bawimy sie milion razy w te same zabawy, pocimy sie przy tym niemilosiernie i czekamy na lepsze czasy.

niedziela, 25 października 2009

Z powrotem w Bangkoku

Wrocilismy z Pattaya. Spedzilismy ten weekend dosc leniwie, (dla mnie az za leniwie jednak) na zmiane na plazy i na basanie, wybralismy sie nawet w pewnym momencie na spacer, ale szybko wrocilismy, bo okolica jakos nas nie zauroczyla, poza tym Lena usnela w nosidle i trzeba bylo sie spieszyc z powrotem.
Od razu po przyjezdzie zauwazylismy, ze Pattaya, a przynajmniej czesc w ktorej przyszlo nam mieszkac, pelna jest Rosjan; zamoznych, obwieszonych zlotem i bardzo dobrze odzywionych Rosjan. Menu w restauracjach napisane po rosyjsku, szyldy na sklepach i informacje dla turystow rowniez w tym jezyku. Nie zauwazylismy Amerykanow, Anglikow czy Japonczykow, ktorych tak duzo w Bangkoku.
Pattaya to miasto bardzo rozrywkowe i lubiane m.in. przez srodowiska homoseksualne, co od razu dalo sie zauwazyc. Duzo tam restauracji oznaczonych teczowa gejowska flaga, a na plazy par tej samej plci. Mlodzi tajscy chlopcy oferuja masaze tajskie i inne odpoczywajacym na plazy glownie starszym, bialym panom. Zreszta starsi, biali panowie to kolejna kategoria bywalcow Pattai i chyba Tajlandii w ogole. Zazwyczaj mozna ich spotkac w towarzystwie mlodych, ladnych Tajek lub jak wspomnialam wyzej, mlodych, niekoniecznie ladnych Tajow. Czesto chodza grupami, tzn dwoch panow, dwie Tajki, ale bywaja i inne kombinacje typu jedna Tajka, dwoch panow. Starsi, biali panowie wygladaja jakby zlapali Pana Boga za nogi, a mlode, ladne Tajki rowniez wygladaja jakby wygraly los na loterii. Biznes sie kreci.

Ale wrocmy na plaze. Okazuje sie, ze nie ma rzeczy, ktorej nie mozna kupic lezac sobie beztrosko w lezaku. Co chwile wyrastali przed nami Tajowie handlujacy m.in: paskami z weza, sukienkami, koralikami, pirackimi filmami na dvd, owocami, krewetkami z grilla, lodami, napojami itd itd. Mozna bylo tez zostac wytatuowanym, wymasowanym i wypilingowanym. Spotkalismy tez pana, ktory chcial nam postawic horoskop. Najmniej podobaly nam sie panie, ktore szorowaly piety lezacemu nieopodal, bardzo dobrze odzywionemu Rosjaninowi, a potem oferowaly nam podobna usluge.
Brakowalo nam takiego prawdziwego morskiego klimatu, z falami, zaglami, mewami itd itd. Jest to pewnie zasluga bardzo upalnej pogody i braku wiatru, co powodowalo, ze mialo sie wrazenie, iz powietrze stoi. Wieczorem wszystko bylo sztucznie oswietlone, plaze zostaly zamiecione! i wysprzatane (mam na mysli prywatne plaze), nagle robilo sie cicho i spokojnie, mialam wrazenie, ze znajdujemy sie w jakims dobrze wyposazonym studio filmowym.
Dzisiaj rano bylo strasznie goraco, mnie bolalo gardlo, a Lence wbila sie jakas drzazga w stope, wiec tylko Marek zazywal morskich i basenowych rozkoszy. Wrocilismy do Bangkoku taksowka (za smieszne pieniadze). Poniewaz nie umielismy sami dobrze opatrzyc Lenkowej piety, postanowilismy sie wybrac do lekarza. Znalezlismy adres znajdujacego sie nieopodal szpitala i tamtez sie udalismy. Szpital wygladal jak pieciogwiazdkowy hotel z restauracjami i kawiarniami. Trafilismy do przychodni dzieciecej, pieknie urzadzonej, przypominajacej raczej plac zabaw niz „placowke medyczna.” Myslelismy, ze przyjdzie nam czekac w dlugiej kolejce, a tymczasem zaraz po rejestracji, mila pani pielegniarka zmierzyla i zwazyla Lenke jeszcze w poczekalni (okazalo sie, ze Klusia-Nieklusia, urosla znowu i ma juz 91 cm) i za chwile zaprosil nas do siebie pan doktor. Obejrzal skaleczone miejsce, wyjasnil co trzeba, dal masc, zbadal przy okazji calosciowo i tyle. Na koniec od razu dostalismy w aptece przepisany lek z wydrukowana i przyklejona imiennie naklejka z instrukcja obslugi. Cala nasza wizyta w szpitalu trwala jakies 30 minut. A potem wyszlismy na ulice, niezmiennie biedna, brudna, smierdzaca, z tak samo umeczonymi, spracowanymi, biednymi ludzmi...

A to zdjecia:
http://picasaweb.google.pl/kucharski.mk/Pattaya?authkey=Gv1sRgCJPau872wMqo4gE#

piątek, 23 października 2009

Pattaya

Wieczor. Siedze wlasnie w restauracji 50 m od morza, jest cicho, spokojnie, zadziwiajaco inaczej w porownaniu z Bangkokiem, w porownaniu z z plazami, ktore do tej pory widzialam. Mieszkamy w pieknym hotelu, a wlasciwie po naszemu w osrodku: www.rabbitresort.com, mamy swoj maly domek zaraz przy basenie, jest mnostwo zieleni, ptakow, zab, motyli. Dobrze odetchnac innym powietrzem, popatrzec daleko na horyzont i wyciszyc sie sluchajac szumu fal. Napisze wiecej po powrocie do Bangkoku, dobrej nocy.

środa, 21 października 2009

Jest 13.25, wlasnie wrocilysmy ze spotkania organizowanego przez Bambi w British Club'ie. Bylo jak zawsze mnostwo mam z dziecmi, pelno zabawek, basen dla dzieci (niestety nie wzielysmy stroju do kapieli:( i plac zabaw. Lenka calkiem niezle sie bawila, znow okazalo sie, ze wsrod swoich rowiesnikow jest najwieksza. Ciagle mnie to dziwi, bo przeciez w Polsce wcale do olbrzymow nie nalezy. Spotkalysmy tez znowu Nadine z Niemiec z synkiem Etienne. Okazalo sie, ze oni mieszkaja na tej samej ulicu co my, tylko w innej czesci. Nadine tez ma podobne odczucia do moich jesli chodzi o nawiazywanie znajomosci z innymi ludzmi tutaj. Wszyscy sa mili i sympatyczni, ale po chwili kazdy idzie w swoja strone i nie szuka blizszego kontaktu. Nadine musiala sie chyba mocno wynudzic przez ostatni tydzien, bo bardzo chetnie dala mi swoj numer telefonu i zaproponowala spotkanie jak tylko wrocimy znad morza. Ciesze sie. Nie wiem tylko, czy Lenka bedzie taka szczesliwa, bo Etienne jest z tych energicznych chlopcow, ktorzy nie lubia dzielic sie zbawkami, zdarza im sie popchnac, szturchnac itd. Mam nadzieje jednak ,ze jakos sie zakumpluja.

Spedzilysmy dzisiaj ponad 3 godziny na dworze, Lenka usnela po drodze, a ja sie chlodze na kanapie. Jak milo bylo znalesc dzisiaj pod drzwiami kolejna paczke od mojej Mamusi, dziekuje. Czytam sobie teraz gazetke zajadajac sie lodami.
Jutro rano jedziemy do Pattaya. zapowiadaja deszcze, trudno, i tak sie ciesze na nowe widoki, na zapach innego powietrza i na dlugi weekend z Mareczkiem i z Lenka.

Dzisiaj Ruda (dla tych, co jeszcze nie znaja - nasza nowa warszawska suczka) ma byc sterylizowana. Prosze o trzymanie kciukow, zeby wszystko poszlo szybko i sprawnie no i prosze ucalowac "Uda" od nas.

poniedziałek, 19 października 2009

Kiedy mowilam znajomym, ze moj maz wyjezdza do Bangkoku czesto zauwazalam na ich twarzach dziwny usmieszek, niektorzy nie komentowali, inni nie omieszkali dodac jakiegos pikantnego komentarza na temat tajskich dziewczat. Kiedy mowilam, ze ja jade do Bangkoku jakos zadnych rekacji tego typu nie odnotowowalam. Po dwoch tygodniach tutaj wcale sie nie dziwie. Tajowie sa, wg mnie oczywiscie, delikatnie mowiac malo atrakcyjni. Moze jestem przyzwyczajona do innego modelu mezczyzny, ale ten typ zupelnie do mnie nie przemawia. Tajowie sa mali, drobni, szczupli, maja dlugie rece i kobiece dlonie z, o zgrozo, dlugimi paznokciami, albo jeszcze gorzej, z jednym dlugim paznokciem. Maja bardzo skapy zarost, ale jesli juz uda im sie zapuscic choc namiastke wasow czy brody, wydaja sie byc z tego bardzo dumni. Duzo tutaj transwestytow, duzo tez kobiet, ktore raczej czuja sie mezczyznami, granica miedzy plciami czasami wydaje sie zacierac i nie wiadomo, czy np w sklepie obsluguje cie akurat pan czy pani, co w sumie nie ma zadnego znaczenia, ale jest duzo bardziej zauwazalne niz w Europie. W kazdym razie jesli chodzi o tutejszych mezczyzn, moj Maz moze spac spokojnie..zreszta tutejsi panowie bardziej zdaja sie zachwycac dziecmi niz ich mamami, co rowniez cieszy mojego Meza ;)

niedziela, 18 października 2009

Niedziela

Czemu weekendy trwaja tak krotko? Dzisiaj kolejny dobry dzien. Przedpoludniem dotarlismy do Dusit ZOO i okazalo sie, ze Lena juz "nie boim sonia", wrecz przeciwnie, nie chciala odejsc od miejsca, w ktorym stala sobie mama-slon i dziecko-slon, ktore mozna bylo karmic ogorkami, fasolka i innymi pysznosciami. ZOO samo w sobie srednio ciekawe, (ktore zwierze wytrzymaloby takie upaly? ;) ), ale polozone jest w bardzo milym miejscu, pelne zieleni, z jeziorkiem posrodku, na ktorym mozna plywac rowerami wodnymi (to chyba jakis sport narodowy, kazdy park tutaj bardzo podobnie wyglada). Okazalo sie, ze w Bangkoku jednak jakies dzieci sa, moze spedzaja glownie czas w ogrodzie zoologicznym i dlatego nie widac ich na ulicach?
Okolo poludnia wladowalismy sie do taksowki i wrocilismy do domu. Upal u nas codziennie taki sam, wiec poszlismy schlodzic sie w basenie. Lena coraz lepiej sobie radzi w wodzie, coraz pewniej sie czuje, az strach pomyslec co to bedzie jak juz bedziemy wyjezdzac.
Po obiedzie umowilismy sie z naszymi nowymi koreanskimi znajomymi na masaz, tzn ja i Ona (nadal nie zapamietalam imienia, przepraszam ;)wybralysmy sie na masaz, a panowie z dziewczynkami poszli gdzies do kawiarni. Pani Tajka umyla mi stopy i wreczyla "pizamke"do przebrania sie. Potem zostalam wymasowana, wygnieciona, wysciskana, naciagnieta, rozciagnieta, scisnieta i wbita w materac. Nie wiedzialam, ze mam tyle miesni, ktore mozna rozmasowac i tyle sciegien, ktora mozna naciagnac. Na koniec pani wygiela mnie cala w jedna strone, potem w druga (dostalam glupawki wyobrazajac sobie jak wygladam), skrecila mnie rowniez w dwie strony, tak ze za kazdym razem cos mi strzyknelo w plecach i juz bylo po wszystkim. Calosc kosztowala mnie ok 30 pln. Strasznie mi sie podobalo i na pewno jeszcze to powtorze nie raz.
W tym czasie kiedy mnie gnieciono, Marek z Lena, BJejem i Janu siedzieli sobie w kawiarni. Dziewczynki bardzo sie polubily, razem rysowaly, lezaly razem w fotelu i ogladaly filmy, a potem spacerowaly razem trzymajac sie za rece. Wybralismy sie tez wspolnie na kolacje do japonskiej knajpy, Lena w slad za Janu jadla sushi maki i japonskie pierozki. Do domu wracalismy w deszczu, a Lenka na szczescie szybko usnela. Teraz czas na odpoczynek.
Dobranoc :)

p.s. dzisiejsze zdjecia: http://picasaweb.google.pl/kucharski.mk/20091018?authkey=Gv1sRgCLm-lJ36iu3lLA##

sobota, 17 października 2009

Mielismy dzisiaj przemily dzien. Wreszcie wybralismy sie troche dalej poza nasza dzielnice i poznalam Bangkok prawdziwy, stary, tradycyjny, bardzo ciekawy. Poplynelismy taxowka wodna rzeka Chao Phraya do swiatyni Wat Arun (Swiatynia Switu). Z wody ogladalismy ogromne, luksusowe hotele i stojace zaraz obok rozpadajace sie prowizoryczne domki na palach niebezpiecznie wiszace nad woda. Niesamowite zderzenie bogactwa i biedoty.

Po dosc pobieznym (straszny upal) zwiedzeniu swiatyni udalismy sie do dzielnicy Banglamphu i tam zjedlismy obiad. Bardzo mi sie tam podobalo, w odroznieniu do naszej dzielnicy pelnej wiezowcow, centrow handlowych i samochodow, bylo tam nadwyraz spokojnie mimo wielu knajp i turystow na ulicach. Zatrzymalismy sie na obiad na ulicy Khao San, pelnej tajskich, klimatycznych knajp i straganow z bizuteria, ubraniami, butami itd itd. Co chwila zaczepiali nas tamtejsi krawcy namawiajacy do kupna czy uszycia najlepszego, najmodniejszego i najtanszego oczywiscie garnituru.

Niestety w moim aparacie wyczerpala sie bateria w najmniej oczekiwanym momencie i zdjec z tej czesci naszej wycieczki nie ma.

Po obiedzie wrocilismy do domu, zeby troche odpoczac od upalu. Popoludniu wybralismy sie znowu z Marka znajomymi z pracy na kolacje. Poznalismy wreszcie koreanczyka BJ-a, jego nowoprzybyla do Bangkoku zone i ich 4-letnia coreczke (wybaczcie, ale jeszcze nie przyswoilam sobie ich imion). Dziewczynki przygladaly sie sobie najpierw niesmialo, a potem rozszalaly sie wspolnie w mieszkaniu jednego z kolegow i urzadzaly tradycyjnie skoki z kanapy w roznych wariacjach. Na koniec corka BJa powiedziala, ze bardzo chcialaby sie z Lena znowu spotkac.

I tak oto jutro wybieramy sie wspolnie do ZOO.



a tutaj troche zdjec z dzisiejszej wyprawy: http://picasaweb.google.pl/kucharski.mk/17102009#

czwartek, 15 października 2009

Wczorajsze zajecia w przedszkolu troche mnie rozczarowaly, myslalam, ze ktos bedzie je koordynowal i jakos prowadzil, a okazalo sie, ze "Bambi" wynajmuje po prostu sale na dwie godziny w przedszkolu i kazdy robi co chce. Chyba juz wiecej nie pojdziemy, bo tego samego dnia mamy juz zajecia i to duzo ciekawsze. Nie mniej jednak poznalam dziewczyne z Niemiec, ktora tez dopiero co przyjechala do Bangkoku i ma 2,5 letniego syna. Umowilysmy sie na przyszly tydzien w British Clubie na spotkaniu dla nowych czlonkow Bambi.
Dzisiaj za to znowy bylysmy na zajeciach "baby gym", ktore prowadzi dziewczyna z Francji. Jest tutaj od 7 miesiecy i ma poltoraroczna corke. Pogadalysmy sobie troche w drodze do BTS'a, wymienilysmy sie mailami, mieszka calkiem niedaleko ode mnie. Jednak widze, ze osoby z Europy i takie, ktorych angielski nie jest pierwszym jezykiem bardziej lgna do siebie, a cala anglojezyczna "reszta" jakos trzyma sie razem i trudno do nich dotrzec. Moze to sie jeszcze zmieni, ale takie sa moje pierwsze wrazenia.
Po "fikolkach" pojechalysmy z Lena do "Siam Ocean world" http://www.siamoceanworld.co.th/ i ogladalysmy "pipki"-co w jezyku mojej corki znaczy nie mniej ni wiecej tylko rybki. Byly tez pingwiny, ogromne zolwie i rekiny, ktore przeplywaly nad naszymi glowami. Poniewaz dzisiaj nie ma pradu w naszym hotelu z powodu jakichs przegladow technicznych, obiad zjadlysmy na miescie. Nie chcialam ryzykowac i wyladowalysmy we "wloskiej" knajpie na pizzy. Teraz Lenka spi, a ja pisze i goraco mi strasznie, bo klimatyzacja dzisiaj nie dziala.

Kiedy wracalam na piechote do domu i obserwowalam przelewajace sie chodnikami tlumy ludzi najrozniejszych ras, kolorow, mowiacych najrozniejszymi jezykami dotarlo nagle do mnie jak ogromny i zroznicowany jest swiat i jak w sumie malenka czesc tego swiata stanowimy my, Polacy. Podejrzewam, ze wiekszosc z tych zwyklych, mijanych przeze mnie codziennie na ulicy ludzi, nawet nie umialoby wskazac, gdzie dokladnie znajduje sie nasz kraj. Z jednej strony takie spostrzezenia powoduja, ze czlowiek czuje sie maly i obcy, ale z drugiej uswiadamia sobie, ze jeszcze tak wiele jest jeszcze rzeczy do zobaczenia na swiecie, jeszcze tyle jest miejsc do odwiedzenia, ludzi i kultur do poznania i zrozumienia. Patrzac na te tysiace, setki tysiecy, miliony ludzi, czlowiek uczy sie pokory, szkoda, ze nie kazdy ma mozliwosc czy nawet chec podrozowania, stykania sie z innymi kulturami, innymi religiami, uczenia sie, ze kazdy ma prawo byc inny, ma prawo wierzyc w swojego boga, ma prawo zyc po swojemu.

wtorek, 13 października 2009




Wczoraj prawie caly dzien lal deszcz, pierwszy raz odkad tu jestem, wreszcie zrozumialam, co to znaczy pora deszczowa. Dzisiaj rano wyruszylysmy z domu razem z Markiem liczac na przyjemna temperature na dworze. Pojechalismy we trojke BTS-em az do ostatniej stacji, Marek poszedl do pracy, a my do parku. Trafilysmy na plac zabaw, Lena miala nawet przez chwilke kolezanke, ktora bardzo byla w nia wpatrzona. Robilo sie jednak coraz bardziej goraco, slonce przypiekalo, wiec po obejrzeniu calego parku, wrocilysmy do domu.
Parki w Bangkoku sa pieknie utrzymane i czyste. Dzisiaj akurat koszono trawniki i zamiatano je takimi dziwnymi miotlami (Mamusiu, podobaly by Ci sie). Duzo jest tez zupelnie nieznanych mi ptakow i roslin. Musze sie wybrac na spacer z lepszym aparatem, wtedy bedzie moze lepiej widac. Idziemy dzisiaj na 15 na zajecia do przedszkola organizowanych przez klub Bambi, ciekawe jak bedzie.
A na dworze znowu leje..





poniedziałek, 12 października 2009

Dzisiaj mialysmy dosc intensywny dzien. Rano wyruszylysmy po raz pierszy same BTSem do parku Benjasiri. Wg broszury, ktora dostalam od stowarzyszenia Bambi, mialy tam byc dwa odnowione place zabaw. No i rzeczywiscie bylo tam cos na ksztalt hustawek, zjezdzalni itd itd, ale odnowione na pewno nie byly. Deski dziwnie uginaly sie pod Lenka, wiec szybko zmienilysmy plany i poszlysmy ogladac dalej dzikie zwierzeta. Dzisiaj slonia szczesliwie nie bylo, za to byly dwie bardzo halasliwe papugi, ktore tez nie przypadly Lence do gustu. Pokresilysmy sie troche po okolicy i wrocilysmy do domu. Powrot byl dosc meczacy fizycznie, bo znowu musialam znosic ze schodow i Lene i wozek. Wczesnym popoludniem postanowilam sie wybrac na maly spacerek w celu odnalezienia kolejnego przedszkola. Niestety pomysl nie byl najlepszy, bo okazalo sie, ze mimo, ze moj cel znajdowal sie na sasiedniej ulicy, trzeba bylo isc bardzo naokolo, przy czym chodniki znow robily sie coraz wezsze i coraz wyzsze, co i raz napotykalam na rozne przeszkody typu slup na srodku chodnika, zaparkowany samochod itd. Pod koniec mojego "spaceru" klelam juz dosc intensywnie i usmiechniete twarze Tajow zaczynaly mnie wrecz denerwowac. Lenka usnela podczas tej watpliwej sciezki zdrowia i spala jeszcze dlugo w mieszkaniu.
Wieczorem wybralismy sie z Mareczkiem na night market i stalam sie posiadaczka dwoch spodnic, jednej sukienki i jednych spodni, a Lenka zgarnela dwie sukienki. Za cale zakupy zaplacilismy jakies smieszne pieniadze, przy czym musielismy sie dosc intensywnie targowac. Po udanej transakcji sprzedajacy stukali pieniedzmi w towar, podobno na szczescie.

niedziela, 11 października 2009

Jest 20.18, za oknem od dwoch godzin juz noc, powietrze wreszcie lzejsze, bardziej przyjazne. Mielismy dzisiaj leniwa niedziele z kapielami w hotelowym basenie, pysznym obiadem w japonskiej restauracji i ogladaniem na zywo dzikich zwierzat w tym rowniez slonia, Lena "boim sonia", wiec nie podchodzilismy zbyt blisko, za to malpki bardzo jej sie podobaly.
Spacerujac..nie, to nie jest dobre slowo..no wiec, przebiezajac ulice miasta z wozkiem doszlam do wniosku, ze Bangkok to miasto schodow. Jest ich mnostwo, nawet do schodow ruchomych trzeba dojsc po schodach, krawezniki maja mniej wiecej pol metra wysokosci, a chodniki tylez samo szerokosci. Wozkami jezdza tutaj tylko wlasciciele ulicznych "restauracji", a te wozki to caly ich dobytek. Po drodze do przedszkola mijamy jedna z takich jadlodajni, w dzien na waskim chodniku stoja miniaturowe plastikowe stoliki i malenkie plastikowe krzeselka, a obok na prozaicznym ruszcie smaza sie nadziane na patyku kawalki miesa, warzywa, banany itd itd. Wieczorami caly sprzet wisi przywiazany do drzewa i czeka na kolejny dzien pracy. Zapachow nie umiem opisac nawet, ale prosze wyobrazis sobie upal 35 stopni, srodek miasta, sznur samochodow, ruszt i zapach miesa polanego niezidentyfikowanymi dla mnie przyprawami. Jedno jest pewne, tych zapachow nigdy nie zapomne.

sobota, 10 października 2009

Lenka konczy 2 lata

Gdyby ktos mi powiedzial 2 lata temu, ze Lenka bedzie obchodzic te urodziny w Bangkoku, pewnie popukalabym sie w czolo. A tu prosze, wiezowce za oknem, 35 stopni w cieniu, wszechogarniajacy zapach jedzenia, tuk-tuki, sky-train, smog itd itd, Bangkok jak zywy.
Wybralismy sie dzisiaj z Lena na Teddy Bear Picnic organizowany przez miedzynarodowa organizcje mam i ich dzieci - Bambi http://www.bambiweb.org/index.php Wypelnilam formularz zgloszeniowy, zaplacilam wpisowe i dostalam karte czlonkowska. Teraz mozemy chodzic z Lenusia na rozne imprezy i spotkania w ramach Bambi i korzystac ze znizek w sklepach, restauracjach itd itd.
Na pikniku bylo baardzo duzo ludzi, glownie Amerykanie, Japonczycy, Australijczycy, duzo malzenstw mieszanych, znikoma ilosc Europejczykow. Lenka od razu przysiadla sie do stoliczka z kredkami i zabrala sie za rysowanie, potem bawila sie w kulkach i na placu zabaw. Bylo jednak tak bardzo goraco, ze szybko ucieklismy w cien, gdzie razem z innymi dziecmi Klusia zajela sie dekorowaniem misia z piernika. Trafilismy tez do dzieciecej biblioteki, gdzie czytane byly bajki o misiach. Lenka skupila sie na zabawie naklejkami, ktore jakims cudem zdobyl dla niej Tatus.
Po pikniku pojechalismy na obiad, a potem chlodzilismy sie w hotelowym basenie. Mielismy nadzieje, ze Lenka pospi w miedzyczasie, ale niestety ona miala inne plany. Za godzine wybieramy sie na spotkanie do Marka kolegi z pracy i zabieramy ze soba lenkowy tort, trzeba dwulatce w koncu odspiewac sto lat.
Zdjec z pikniku nie wstawiam tutaj, bo ten program jest jakis dziwaczny, podaje wiec link do zdjec:
http://picasaweb.google.pl/kucharski.mk/TeddyBearPicnic10102009#

sciskam serdecznie

czwartek, 8 października 2009

Dzisiaj rano udalo mi sie wyciagnac Lene o przyzwoitej porze z lozka, wiec jest szansa, ze wszystko wroci do normalnosci. Rano zaliczylysmy "fikolki" w przedszkolu oraz kawke i muffiny w Starbucksie (znaczy sie w takiej kawiarni bynajmniej nie tajskiej). Popoludniu wybralysmy sie do Lumpini Park. To taki duzy park (napisalam najpierw ogromny, ale potem pomyslalam o Englischer Garten w Monachium i musialam skasowac ;) w samym srodku miasta z mini jeziorem, placami zabaw, restauracjami i licznymi miejscami do cwiczen fizycznych. Okazuje sie, ze Tajowie sa bardzo wysportowani. Po parkowych uliczkach przetaczaly sie tabuny "joggingujacych" tubylcow, inni cwiczyli joge, albo tai-chi, a jeszcze inni medytowali. Punktualnie o 18 nagle wszyscy przerwali swoje zajecia i staneli na bacznosc, bo z glosnikow poplynal hymn ku chwale krola. I my sie zatrzymalismy, ale trudno bylo utrzymac powage w takiej sytuacji. Po kilku minutach nagle wszystko wrocilo do normy, biegacze biegali, jogini cwiczyli, dzieci sie hustaly itd itd.
Za dwa tygodnie wybieramy sie na dlugi weekend do miescowosci Pattaya niedaleko Bangkoku.

środa, 7 października 2009

A na koniec maly posilek








a potem zabawy na sali gimnastycznej


potem zajecia w sali


najpierw byly zabawy z woda




Drugie zajecia w przedszkolu za nami, dzisiaj bylo wiecej dzieci, Lena najbardziej biala, najwyzsza i z pewnoscia z najwiekszymi stopami ;)
Myslalysmy, ze nie uda nam sie wyjsc o czasie, bo nagle spadl deszcz. Na szczescie, a moze niestety, zniknal tak szybko jak sie pojawil i stawilysmy sie na zajeciach punktualnie (jako jedyne, kolejna nowosc dla mnie). Zrobilam troche zdjec, ciagle nie opanowalam trudnej sztuki wstawiania ich n bloga, wiec zrobilam wszystko naokraglo i wyszlo troche od tylu, wybaczcie.
Jutro rano ruszamy na "baby gym."

Za kazdym razem, kiedy ktos mnie pyta, jak moja corka ma na imie, jestem sobie bardzo wdzieczna, ze jest po prostu Lena i dzieki temu nikt nie ma problemow z wymowieniem i zapamietaniem jej imienia.

p.s. Martusiu, pytalas, czemu nie uzywam polskich czcionek. Na co dzien nie uzywam ich z lenistwa, ale tym razem mam bardzo dobra wymowke, mam klawiature angielska i tajska..

Chaotyczny ten moj dzisiejszy wpis, chyba musze odpoczac. Zycze milego wieczoru, moim Rodzicom i ich Gosciom szczegolnie.

wtorek, 6 października 2009

Widok z sypialni na trzy strony swiata ;)


a to BTS czyli "skytrain" ktorym Marek jezdzi codziennie do pracy



ten zolty budynek to lenkowe przedszkole





a to juz widok z balkonu z duzego pokoju




Wszyscy sa tutaj strasznie uprzejmi, zrywaja sie z miejsca na nasz widok, staja na bacznosc, zdarza sie, ze salutuja (?) i klaniaja sie przy tym nisko skladajac rece przed twarza. Bardzo to mile, ale i calkiem nowe dla mnie. Staram sie usmiechac rownie uprzejmie, ucze sie kiwac odpowiednio glowa, kucam, zeby stac sie troche mniejsza niz jestem i smieje sie sama z siebie wyobrazajac sobie, jak komicznie musze wygladac. Nauczylam sie, ze "kap-khun-ka" to dziekuje (jesli mowi kobieta, bo mezczyna dziekujac mowi zamiast "ka" krap), a "sa-wat dee ka" to dzien dobry. To juz duzo, prawda?

Przedszkolak w Bangkoku

Pierwsze zajecia w przedszkolu za nami. Lenka byla zachwycona, jest co prawda jedynym dzieckiem w grupie, ktore nie mowi po angielsku, ale jakos daje rade. Kazde zajecia sa podzielone na trzy bloki tematyczne, Lenie oczywiscie najbardziej spodobala sie gimnastyka. Na koniec dzieci dostaly przekaske i cos do picia. Bedziemy chodzily 2 razy w tygodniu na takie zajecia jak dzisiaj i w czwartek rano na gimnastyke. Mam nadzieje, ze bedzie fajnie.

Do przedszkola nie mamy daleko, niecale 10 minut na piechote, ale droga jest trudna, bo trzeba sie przebic przez stragany, ktore rosna jak grzyby po deszczu w porze lunchu. Nie wiem jak sobie Tajki radza z wozkami tutaj, moze nie maja wozkow? Albo nie wychodza z dziecmi z domu? Wczoraj wieczorem wybralismy sie tzw BTS-em, czyli kolejka nadziemna do "miasta". Dobrze, ze bylismy we dwojke, Marek niosl Lene a ja wozek. Musielismy pokonac cala mase schodow, zeby dostac sie na sama gore. Chyba jednak pozostaje nam chodzenie na piechote (tez z przeszkodami) albo jezdzenie taksowkami. Z utesknieniem czekam na ochlodzenie (tzn jakies 28 byloby super) i przystosowanie sie Leny do nowego czasu. Bedziemy mogly wtedy jezdzic sobie do polbliskiego Lumpini Park i spedzac wiecej czasu na dworze.
sciskam goraco (doslownie)

poniedziałek, 5 października 2009

z ostatniej chwili, jest 23.28, Lenka wlasnie wyszla z sypialni, wziela paczke ciastek i powiedziala: zjem mamusiu, zjem i zabrala sie za rysowanie. Ratunkuuuuuu
Dzisiaj dzien bardzo spokojny, wlasciwie spedzilysmy go z Lena w hotelu. Troche bylysmy na basenie, troche na placu zabaw i w tzw pokoju zabaw, troche bawilysmy sie w mieszkaniu. Udalo nam sie spotkac nawet jakies inne dzieci. Lenka jednak trzyma sie na dystans, widac, ze wszystko jest jeszcze dla niej nowe i obce i czasami, kiedy jest zmeczona i spiaca mowi, ze chce do domu i do babusi. Nadal nie przestawila sie niestety na nowy czas i zasypia o zaskakujacych porach, a wieczorami kiedy chcialoby sie troche odpoczac, nie ma mowy o snie. Teraz jest u nas 23 a Kluseczka spala cale 5 minut i teraz gaworzy sobie z tata.. Jutro wybieramy sie do przedszkola na zajecia, zobaczymy czy nas przyjma i jak nam sie spodoba. http://www.mulberryhousepreschool.com/about.html
Jutro zdam relacje, mam nadzieje, ze Lenusia zasnie o jakiejs normalnej porze..
Dobranoc

niedziela, 4 października 2009








Jestesmy

Dolecialysmy szczesliwie. Lot byl dosc dlugi i meczacy, ale wszystko poszlo sprawnie, nawet z przesiadka w Amsterdamie nie bylo zadnych problemow. Jedyny zgryz mialysmy na poczatku podrozy, kiedy okazalo sie, ze nadbagaz kosztowalby nas 1600 zl. Musialam wiec pozbyc sie kilku niezbednych "drobiazgow" w tym cwibaka i pasztetu od Cioci Bozenci, nad czym bardzo ubolewam..


Mareczek czekal na nas na lotnisku zaraz przy wyjsciu z samolotu, wiec nie musialysmy sie juz martwic szukaniem naszych walizek, ich transportem itd itd. Lenka od razu rzucila sie Tatusiowi w ramiona.

Na lotnisku panowal mily chlod, za to po wyjsciu na dwor dopadlo nas gorace i oblepiajace powietrze. Mamusiu, nie spodobaloby Ci sie :) Wsiedlismy w taksowke i w 20 minut bylismy na miejscu.

Mieszkanie mamy duze z dwoma sypialniami i z dwoma lazienkami, z pieknym widokiem na zielen! i na basen. Niestety wlasciwie bez przerwy musi dzialas klimatyzacja, bo inaczej nie da sie wytrzymac. Wybralismy sie wczoraj wieczorem na spacer po okolicy, "zwiedzilismy" najblizsze centrum handlowe i zrobilismy najpotrzebniejsze zakupy. Zeby przejsc przez ulice trzeba sie najpierw wdrapac na bardzo wysoki wiadukt, a potem oczywiscie z niego zejsc. Srednia atrakcja dla matki z dzieckiem... Lena zasnela w drodze do domu na moich rekach . Myslelismy, ze przespi cala noc, ale niestety o 22 obudzila sie radosna jak skowronek i gotowa do zabawy. Co bylo potem, nie wiem, bo zasnelam ;)


Dzisiaj glownie leniuchowalismy, ja dosypialam, a Lena nadrabiala stracony czas z Tata. Popoludniu odwazylismy sie wyjsc na zewnatrz, popluskalismy sie w basenie, Lena szalala na placu zabaw.


Wieczory w Bangkoku sa zdecydowanie przyjemniejsze niz reszta dnia. Marek pokazal nam gdzie jest przedszkole miedzynarodowe, do ktorego chcialabym chodzic z Lena na zajeciach dla maluchow. Pierwsze spotkanie juz we wtorek, ciekawe jak nam pojdzie.

Nasz corka wzbudza ogolny zachwyt wsrod Tajow. W centrum handlowym czulismy sie niemal jak moj Tata w miejscu publicznym ;). Wszyscy na nas patrzyli, odrywali sie od pracy i pokazywali sobie Lenke palcami, co bardziej smiali podchodzili i zagadywali (Marek twierdzi, ze po angielsku), a nawet probowali glaskac. Lena w pewnym momencie sie rozszalala i poslala jednej pani buziak z dmuchnieciem (kto zna, ten wie o co chodzi;).



Z nowosci roznych:

pierwsza rzecz, jaka mnie zadziwila juz w toalecie na lotnisku, to sedesy.. mhmm jakby to opisac, zeby nie napisac zbyt wiele? Sedesy sa zawsze pelne wody..nie, juz chyba wiecej nie napisze, zostawie to Waszej wyobraznie.


druga sprawa, to panie, ktore sprzataja u nas w mieszkaniu. Dzisiaj przyszlo do nas 5! bosych pan i zabraly sie za sprzatanie. Robia wszystko, odkurzaja, myja, czyszcza, zmywaja naczynia, zmieniaja codziennie posciel, reczniki i na koniec robia dziubki na papierze toaletowym.


To chyba tyle dzisiaj, jutro Marek idzie do pracy i zostajemy sam na sam z Bangkokiem.

sciskamy wszystkich i chetnie wyslemy pare stopni ciepla do Polski.

piątek, 2 października 2009

Za niecale trzy godziny wychodzimy z domu, nagle wszystko zaczyna byc realne...

wtorek, 29 września 2009

Juz za pare dni...

Ten dzien wydawal sie tak odlegly, az nagle zostaly tylko dwa dni do naszego lotu do Tajlandii.
W Warszawie jesien, dzisiaj po raz pierwszy od tygodni spadl deszcz, zrobilo sie szaro-buro, chyba czas na nas. Ciagle bardziej sie denerwuje niz sie ciesze, mam nadzieje, ze jak juz bede na miejsciu to moje podejscie sie zmieni. Zobaczymy. Na razie ogladam zdjecia przeslane przez Mareczka, patrze na prognoze pogody dla Bangkoku i staram sie patrzec z optymizmem w przyszlosc.. Bedzie fajnie, prawda?