Jest 20.18, za oknem od dwoch godzin juz noc, powietrze wreszcie lzejsze, bardziej przyjazne. Mielismy dzisiaj leniwa niedziele z kapielami w hotelowym basenie, pysznym obiadem w japonskiej restauracji i ogladaniem na zywo dzikich zwierzat w tym rowniez slonia, Lena "boim sonia", wiec nie podchodzilismy zbyt blisko, za to malpki bardzo jej sie podobaly.
Spacerujac..nie, to nie jest dobre slowo..no wiec, przebiezajac ulice miasta z wozkiem doszlam do wniosku, ze Bangkok to miasto schodow. Jest ich mnostwo, nawet do schodow ruchomych trzeba dojsc po schodach, krawezniki maja mniej wiecej pol metra wysokosci, a chodniki tylez samo szerokosci. Wozkami jezdza tutaj tylko wlasciciele ulicznych "restauracji", a te wozki to caly ich dobytek. Po drodze do przedszkola mijamy jedna z takich jadlodajni, w dzien na waskim chodniku stoja miniaturowe plastikowe stoliki i malenkie plastikowe krzeselka, a obok na prozaicznym ruszcie smaza sie nadziane na patyku kawalki miesa, warzywa, banany itd itd. Wieczorami caly sprzet wisi przywiazany do drzewa i czeka na kolejny dzien pracy. Zapachow nie umiem opisac nawet, ale prosze wyobrazis sobie upal 35 stopni, srodek miasta, sznur samochodow, ruszt i zapach miesa polanego niezidentyfikowanymi dla mnie przyprawami. Jedno jest pewne, tych zapachow nigdy nie zapomne.
niedziela, 11 października 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz