niedziela, 8 listopada 2009

Weekendowo

Intensywny weekend ma sie ku koncowi, Lenka wlasnie spi, a Marek pojechal na masaz, wiec mam chwilke, zeby pokazac Wam zdjecia i opisac, co ciekawego sie u nas dzialo.
Przestawilam sie ostatnio z trybu "zona ekspaty" na tryb turystyczny i jakos lepiej dzieki temu funkcjonuje. Poniewaz zeszly weekend spedzilismy w domu chorujac, postanowilismy tym razem spedzic te dwa dni intensywniej. W sobote rano wybralismy sie do China Town. Cale szczescie nie wzielismy ze soba wozka, tylko zapakowalismy Lene w nosidlo. Dzieki temu nie mielismy problemow z przecisnieciem sie przez ciasno ustawione, ciagnace sie calymi kilometrami stoiska ze wszystkim co tylko mozna sprzedac. Mijalismy handlarzy najrozniejszych warzyw i owocow, miesa, zabawek, ubran, materialow, koesmetykow, butow itd itd. Pomiedzy tymi straganami oczywiscie staly wozki z jedzeniem. I tym razem nie skorzystalismy, uwidocznilismy za to na zdjeciach. Zadziwiajace jest, ze tutaj mimo upalu, przez caly dzien wszyscy cos jedza, a z ulicznych restauracji mozna skorzystac nawet juz o 8 rano w niedziele (dzisiaj wiedzielismy). China Town oprocz tego, ze glownie handluje, pelne jest pieknych, starych i mocno podniszczonych chinskich domow bardzo rozniacych sie od zabudowan tajskich. Z zaciekawieniem wszystko ogladalismy, fotografowalismy i krecilismy film. Jak to zawsze w moich opowiesciach bywa, po jakims czasie znurzyl nas upal i po kawce wypitej na Khao San (pisalam o tej ulicy w pazdzierniku) wrocilismy do domu. Lena z Tata schlodzili sie w basenie i potem wyruszylismy na przygode zycia, czyli do fryzjera. Mialam niezlego pietra, bo nie mialam pojecia, czy fryzjerzy tutaj w ogole beda wiedzieli jak sie zabrac do moich blond wlosow. Pani niby mowila po angielsku, ale ja musialam sie domyslac, co ma na mysli rozmawiajac ze mna. Poprosilam o zrobienie balejazu, pani pokiwala glowa, posadzila mnie na fotelu i zabrala sie za robote. Odetchnelam z ulga, bo technike miala taka jak w Polsce, tylko niestety jakies 30 razy wolniejsza. Nagle w polowie nakladania mi farby na wlosy odeszla i zajela sie inna pania, ktorej w duecie z inna fryzjerka suszyla wlosy. Po jakims czasie troche sie zaczelam denerwowac, ale ze tutaj nikt sie nigdzie nie spieszy i nie irytuje, nie wypadalo mi zwracac pani uwage. Na szczescie chyba zauwazyla moj bolesny wyraz twarzy i wrocila na posterunek. Trwalo to wszystko jeszcze jakis czas, potem mycie, suszenie itd itd. Efekt powiedzialabym srednio widoczny, bo z racji zaginiecia pani w akcji troche wszystko sie nirownomiernie rozlozylo w czasie. Pocieszam sie, ze lepiej, ze efekty malo widocznie niz gdyby byly spektakularne. Pani chyba tez nie byla do konca z siebie zadowolona, bo opuscila mi troche z ceny i tak zaplacilam nie 2500, a 2000 Bathow (ok 190 zl). Wychodzac po 2,5 godzinach myslalam tesknie o moim warszawskim fryzjerze, ktory jest duzo tanszy i duzo szybszy i jeszcze mozna sobie z nim o samochodach pogadac ;)
Po fryzjerze maz wypchnal mnie jeszcze na tajski masaz. Wracalam sobie pod wieczor na piechote do domu i znowu obserwowalam jak w Bangkoku tradycja styka sie z komercja. Po jednej stronie ulicy w swiatyni modlili sie wierni, skladali kwiaty, ogldajac przy okazji tradycyjne tajskie tance. Po drugiej stronie ulicy przed centrum handlowym wyrosla wielka choinka obwieszona lampkami swiatecznymi, przed nia stal wielki bialy renifer i rownie ogromny dzwonek.. krok po kroku, krok po kroku najpiekniejsze w calym roku ida swieta, ida swieta.

A tutaj sobotnie zdjecia:
http://picasaweb.google.pl/kucharski.mk/7Listopada2009ChinaTown#

Dzisiaj rano ruszylismy na Floating Market. Jechalismy ponad godzine samochodem, wynajelismy lodz i przez poltorej godziny podziwialismy plywajacy targ, na ktorym, jak to tutaj bywa, mozna kupic wszystko, a przy okazji na pewno nie da sie umrzec z glodu. Widzielismy tez domy ustawione na palach, niektore bardzo biedne, zniszczone, a niektore zadbane i nowoczesne. Wszedzie duzo ciezko pracujacych ludzi, wszyscy zadowoleni i usmiechnieci machali do nas i chetnie pozowali do zdjec. Oczywiscie najbardziej cieszyli sie na widok Lenki i krzyczeli z daleka: bejbiiiii, bejbiiiii, whats your name?
Po zakonczonym "rejsie" podjechalismy jeszcze na chwile obejrzec slonie, Lenka wlasciwie juz w ogole "nie boi sonia" i nawet razem z tata probowala karmic je bananami. Wycieczke zakonczylismy w tajskiej restauracji. Zjadlam cos, czego smaku po pierwszym kesie juz nie czulam, bo bylo tak bardzo ostre. W kazdym razie w srodku siedzialy krewetki, a to zawsze jest pyszniutkie.

dzisiejsze zdjecia:
http://picasaweb.google.pl/kucharski.mk/FloatingMarket#

pozdrawiam serdecznie

2 komentarze:

  1. Gosiu!
    Bardzo ciekawie piszesz a zdjecia są wspaniałe!!! Dodać krótki komentarz do zdjęcia i nadaje sie to publikacji albumu i wspomnień z pobytu. Robisz konkurencje p. Pawlikowskiej.
    Tak trzymać !
    Tata

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za obszerną relację z weekendu, fajnie sie czyta i ogląda. Dobrze, że juz "nie boim sonia" :)
    D.

    OdpowiedzUsuń