czwartek, 8 października 2009

Dzisiaj rano udalo mi sie wyciagnac Lene o przyzwoitej porze z lozka, wiec jest szansa, ze wszystko wroci do normalnosci. Rano zaliczylysmy "fikolki" w przedszkolu oraz kawke i muffiny w Starbucksie (znaczy sie w takiej kawiarni bynajmniej nie tajskiej). Popoludniu wybralysmy sie do Lumpini Park. To taki duzy park (napisalam najpierw ogromny, ale potem pomyslalam o Englischer Garten w Monachium i musialam skasowac ;) w samym srodku miasta z mini jeziorem, placami zabaw, restauracjami i licznymi miejscami do cwiczen fizycznych. Okazuje sie, ze Tajowie sa bardzo wysportowani. Po parkowych uliczkach przetaczaly sie tabuny "joggingujacych" tubylcow, inni cwiczyli joge, albo tai-chi, a jeszcze inni medytowali. Punktualnie o 18 nagle wszyscy przerwali swoje zajecia i staneli na bacznosc, bo z glosnikow poplynal hymn ku chwale krola. I my sie zatrzymalismy, ale trudno bylo utrzymac powage w takiej sytuacji. Po kilku minutach nagle wszystko wrocilo do normy, biegacze biegali, jogini cwiczyli, dzieci sie hustaly itd itd.
Za dwa tygodnie wybieramy sie na dlugi weekend do miescowosci Pattaya niedaleko Bangkoku.

2 komentarze:

  1. Zdjęcia Lenki słodkie. Widać, że bardzo jej przypadło do gustu to tajskie przedszkole. Czy mówi już w jakimś innym języku?

    OdpowiedzUsuń
  2. jak z nia rozmawiałam na skypie to mówiła do mnie heloooł :)marta

    OdpowiedzUsuń